Co w Prawie Piszczy | Frank or frank?
8125
post-template-default,single,single-post,postid-8125,single-format-standard,cookies-not-set,ajax_fade,page_not_loaded,,wpb-js-composer js-comp-ver-5.4.4,vc_responsive

Frank or frank?

Znany amerykański aktor, który jeszcze do niedawna był odtwórcą głównej roli w popularnej produkcji Netflix’a – postaci bezwzględnego polityka walczącego o fotel prezydenta USA, odniósł się niedawno do postawionych mu zarzutów karnych w bardzo ciekawy sposób: publikując krótkie wideo pt. „Let me be Frank”.

Już sam tytuł materiału –  „Let me be Frank” jest interesujący. To bardzo zgrabna gra słów.  Frank to imię serialowej postaci, ale także angielski przymiotnik „szczery”. Fani serialu z pewnością zauważą, że fryzura aktora jest identyczna, jak u bohatera którego odgrywał. Warto również przyjrzeć się sposobowi wysławiana się postaci z filmiku – nawet nieszczególnie wprawne ucho wychwyci, że akcent, jakim posługuje się aktor w nagraniu, jest identyczny, jak u postaci Franka. Sama forma monologu prowadzonego bezpośrednio do oka kamery też wydaje się znajoma. A czy na palcu aktora nie znajduje się ten sam sygnet, którym bohater w wielu serialowych scenach stukał w biurko?

Utwór to nowość i indywidualny charakter w jednym

By móc mówić o utworze w rozumieniu przepisów prawa autorskiego, muszą zostać spełnione dwie przesłanki: nowość i tzw. indywidualny charakter. Twórca z mocy prawa otrzymuje uprawnienie do wyłącznego korzystania z utworu i rozporządzania nim na wszystkich polach eksploatacji oraz prawo do otrzymywania wynagrodzenia za komercyjne korzystanie z utworu przez osoby trzecie. Prawo autorskie chroni każdy utwór, bez względu na jego wartość rynkową czy walory artystyczne.

Ten prawnoautorski monopol doznaje jednak ustawowych ograniczeń: opracowanie cudzego utworu, w szczególności tłumaczenie, przeróbka, adaptacja, pozostają bez uszczerbku dla praw przysługujących twórcy utworu pierwotnego. Oznacza to, że twórcy komedii czy parodii mogą spać spokojnie. Trybunał Sprawiedliwości UE wyraźnie przyznał w wyroku C-201/13, że „Cudzy utwór można zgodnie z prawem wykorzystać w celach parodystycznych, jednak pamiętać należy, że jest to szczególny wyjątek od ogólnego prawnoautorskiego monopolu.

Cienka czerwona linia, czyli kiedy inspiracja staje się plagiatem

Zasadne jest pytanie o granice opracowań i istotę plagiatu. Najprościej mówiąc, plagiat to nic innego jak graniczący z identycznością bardzo wysoki stopień podobieństwa. Bardzo zgrabnie jego istotę opisał Sąd Apelacyjny w Warszawie, który w wyroku z dnia 15 września 1995 r.[1] stwierdził, że dochodzi do niego wówczas, gdy następuje wykorzystanie elementów cudzego utworu w takim stopniu, iż brak jest twórczej działalności plagiatora i jego utwór nie nosi cech oryginalności. Niezbędne jest zatem zapoznanie się przez plagiatora z treścią i formą utworu stanowiącego źródło materiału przejętego do utworu własnego.

„Let me be Frank” – jeszcze utwór inspirowany czy już plagiat?

Należy zwrócić uwagę, że we wspomnianym wideo nie uświadczymy bezpośrednio wykorzystanych elementów serialu. Nie znajdziemy żadnych wstawek, migawek ani nawet pojedynczych kadrów. Pomimo dużej liczby wyraźnych odniesień do hitu Netflix`a można stwierdzić, że „Let me be Frank” posiada walor nowości i ma charakter indywidualny, a co za tym idzie, powinien być traktowany jako swoista parodia i co najważniejsze samodzielny – utwór podlegający ochronie.

 

 

[1] Wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z dnia 15 września 1995 r; I ACr 620/95 (LEX nr 62623)

Autor: Paulina Maślak-Stępnikowska

SENIOR CONSULTANT / LEGAL DEPARTMENT

paulina.maslak-stepnikowska@olesinski.com

Autor: Michał Skrok

CONSULTANT / LEGAL DEPARTMENT

michal.skrok@olesinski.com

Zaproponuj znajomym
Brak komentarzy.

skomentuj